Tym razem na spotkaniu Dyskusyjnego Klubu Książki w bibliotece w Gliniance nie tylko rozmawialiśmy o książce. My wszyscy — klubowicze — na dwie godziny “opuściliśmy bibliotekę i przenieśliśmy się tam, gdzie wiatr niesie zapach soli, a fale tulą brzeg mokradeł Karoliny Północnej”. Autorka książki Delia Owens zabrała nas w podróż do świata Kyi, dziewczynki, która dorastała wśród trzcin zamiast ludzi. Zgodnie stwierdziliśmy, że trudno o lepszego przewodnika po świecie przyrody. Już od pierwszych minut dyskusji czuć było, że “Gdzie śpiewają raki” to nie jest zwykła książka. To opowieść, która nie pyta, czy masz czas — ona czas kradnie. I robi to pięknie.
Rozmawialiśmy o samotności, która potrafi być bardziej tłoczna niż największe miasto. O miłości, która przychodzi nie wtedy, kiedy trzeba, ale wtedy, kiedy musi. O rasizmie i uprzedzeniach — tak dawnych, a jednocześnie boleśnie współczesnych. I oczywiście o zbrodni, która niczym mgła spowija fabułę, zmuszając czytelnika do ciągłego czuwania. Wspominaliśmy sceny, w których dzieciństwo Kyi pachnie mokradłami, jej dorastanie smakuje rozczarowaniem, a każdy dźwięk skrzydeł mew przypomina o wolności, którą płaci się samotnością. Czytając książkę, czuliśmy się tak, jak byśmy stali obok bohaterki, słuchali tego samego wiatru i patrzyli na tę samą wodę. Razem z nią odczuwaliśmy ból i tęsknotę. Zauważyliśmy, że Owens opisuje naturę tak, jak inni opisują ludzi — z czułością, zrozumieniem i bez pośpiechu. I może dlatego Kya wydała się nam tak niezwykle prawdziwa. To bohaterka, którą się nie tylko poznaje. Ją się zapamiętuje.